Co za dużo, to nie zdrowo

14:05

No dobra laski, generalnie upiekłam wczoraj ciasto. Nie byle jakie ciasto, bo z rabarbarem. Wiadomo - rabarbar fajna rzecz, i smakuje całkiem nieźle, i wygląda dość ciekawie, a przede wszystkim ma jedną ważną cechę -

oznajmia, że zbliża się lato. A to też fajna rzecz.

W zasadzie miał to być zwykły wpis o przepisie na super pyszne ciasto z blogowych stron. Miał taki być, ale nie do końca taki będzie.

Otóż wszystko zaczęło się przedczoraj, kiedy to po raz kolejny stwierdziłam, że jako matka polka dziecku mojemu nie będę podawać jakichś ciastkowych pierdół ze sklepu, których to skład bogatszy jest w E niż mój szampon ma parabenów i silikonów. Ot co. To wszystko jednak było jedynie wymówką, by po raz kolejny móc zjeść samej to pyszne rabarbarowe love, a do której na pewno się nie przyznam!

Wymyśliłam więc po wszystkich przemyśleniach, że mimo wszystko po raz drugi zaprzyjaźnię się intensywniej z moim już od maja ukochanym rabarbarem. Na dodatek boskie kumpelki truskawki również zawitały do mych ust, tak więc nie było szans, żeby takowe ciasto nie miało racji bytu w mojej kuchni.

Tak miało być za pierwszym podejściem, kiedy to pochłonięta energią z niebios czciłam serek mascarpone, by miał dobry termin ważności!

Miał!


Widzicie jak to mogło wyglądać? A na to kruszonka... miodzio.

No to miodzio wylądował w koszu, gdyż tak mocno wielbiłam serek mascarpone, że zapomniałam dodać sody oczyszczonej choćby odrobinkę! Ciasto piekło się i piekło, i piekło. Dłużej nie mogłam znieść tego piekła, bo zapragnęłam już pojawić się w niebie, na moim balkonie, z moim dzieckiem i z ciastem rababarowym!

Nic z tego. Nie wiem, czy to był zakalec - nigdy nie wyszło mi nic zakalcowego - czy po prostu to była jakaś dziwna papka, miękka, mokra i nieprzyjazna do konsumpcji.

Kosz na śmieci okazał się bardziej łasy niż ja. A na pewno niż Oliwka!

Zniechęcona wynikiem kuchennych rewolucji zaspokoiłam swój słodki głód belgijską czekoladką z napisem I love you od męża. Rozpuściłam w mleku, wymieszałam i gotowe. Sama Domisiowa Pysia mogłaby mi porządnie pozazdrościć tej czekolady w filiżance!


Czas jednak był nieubłagany - zbliżała się godzina zero: godzina ciasta z rabarbarem.

Drugie podejście rozpoczęło się późnym popołudniem, kiedy do drzwi zapukał pan z zakupami i wręczył mi nowy rabarbar.


Zmaltretowana przez córkę łodyga rabarbaru została uznana przeze mnie jako znak, że tym razem na pewno się uda!

Włączyłam stronę z przepisem i wzięłam się do pracy. W kilkanaście minut rozgniotłam masło z cukrem i cynamonem, dodałam serek mascarpone, jajka i mąkę, pamiętając by na pewno dać sodę!

Stało się, wszystko dokładnie wymieszane wylądowało w brytfannie, na papierze do pieczenia. Wrzuciłam pokrojony wcześniej rabarbar i wsadziłam do rozgrzanego piekarnika.

Czekałam. Sprawdzałam. I czekałam. No i sprawdzałam.

Ciasto wyglądało tak samo.... jak przy pierwszym podejściu. Myślę sobie, nie no koniec, koniec z ciastem z rabarbarem. Nigdy więcej! Szkoda moich nerwów na słodycze, które i tak nic dobrego w moim ciele nie czynią!

Poddałam się, wyciągnęłam ciasto, odstawiłam, czekałam.

Ukroiłam kawałek, posypałam pudrem i... niech się dzieje wola Boża!

Było tak:



... mniam mniam :)

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Może przy pierwszym też trzeba było odczekać :D Wygląda pysznie, dawno nie jadłam rabarbaru. Muszę znaleźć jakiś przepis na bezglutenowe ciasto z rabarbarem i też wypróbować swoich sił. Szczerze mówiąc ja sama nic nigdy z niego nie przyrządzałam. Uwielbiam też kompot! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo możliwe :)
      Wyglądało i było, choć ta duża dawka masła -200gram - dawała o sobie porządnie znać. Przepis do modyfikacji! Na pewno jeśli teraz będę piekła - a będę :D - to już zwykle kruche.
      Ja również dopiero w tym roku odkrywam jego zalety, jakoś wcześniej nasze drogie rozmijaly się; )

      Usuń

Polub mnie

Google+ Followers